poniedziałek, 17 października 2011

czwartek, 19 maja 2011

Pokażę Tobie obszary istnienia

na mapie świata kontynentów

Ludzkie bóle i cierpienia

Cały świat ludzkich obłędów.


Zamykasz oczy i widzisz pustkę

Dwa światy, wojny i cierpienia

Popatrz przed siebie, tam daleko

Czy to są granice ludzkiego stworzenia?


Czy Bóg tak chce, abyśmy cierpieli?

Zamknięci w skorupach niewolnictwa

Niszczyli lasy, niszczyli zieleń

Niszczyli siebie bez przyczyny

A w bliźnich poszukiwali winy?


Jesteś człowiekiem, ale nie Bogiem

Nie stawiaj sprawy na ostrzu noża

Bo się skaleczysz, bo się poranisz

Wtedy tragedia będzie gotowa.


I żaden lekarz Cię nie uzdrowi

Choroba to jest nieuleczalna

Czasami czujesz cząstkę jak bardzo boli boli

Ale to tylko cząstka bólu, nie całość.

Nie będę płakał nad rozlanym mlekiem

Ani rozmieniał się na drobne w szalonym świecie złudzeń

Przecieram brudną szybę marzeń zaglądając ciekawie

Co tez po drugiej stronie znowu się dzieje



Idzie królowa w pióropuszu z pawi

Lizusy kłaniają się leniwie

Wystawiając potajemnie języki

W szyderstwie fałszu i własnej głupoty



Z tyłu dziecko zapłakane

Przyciska do siebie szmacianą lalkę

Tylko ona jest jej przyjaciółką

Tylko ona ją rozumie



W innym kącie widzę kondukt żałobny

Hebanowa trumna kołysze się na morzu ludzkich rąk

Ludzie idą zamyśleni nie patrząc pod nogi

Myślą o tym co było, nie o ty co będzie



Nie będę patrzył na te nieszczęścia

Nie mam już siły myć tego okna

Splamionego ludzkim losem

Bez nadziei na uzdrowienie
Noszę w sobie obszary ludzi
Nieznaną magię czarowników z dawna
Noszę w sobie tajemniceNoszę ciernie i bóle reszty świata 
Jestem Prometeuszem przykutym do skałyI tylko śęp zna historię mojej obecności
A ja wołam do ludzi, czekam i wołam litości 
Ludzie mnie nie słyszą zasłuchani w siebie
Nie patrzą do góry, a góra jest w niebieNie patrzą pod nogi, zawieszone spojrzeniaS
tarają się skupić na własnych marzeniach
 A ja sobie wiszę i wisieć będę
Bez nadziei na lepsze
Bez nadziei na  cisze i ludzkie sumienie
Pogrzebane w popiele  tragiczności zdarzeń
Umieram powoli, umrzeć nie potrafię.  
Biała kartka bez słowa niepotrzebnego
Zasuszone litery między epokami
Barwy przyblakłe z kamieni odwiecznych
Ludzie tęskniący za nowymi kolorami


Tęsknota zabija wyrywając włosy
A miłość pociesza tym że czasami nie rani
Matka bieda córkę ubiera do podróży

A słońce razi, jakby chciało poparzyć.
Krople deszczu stukają o parapet
Za oknem inny świat Viwaldiego
Muzyka w duszy gra i świerszcz za kominkiem
 Rozmawiam z ciszą jak zwykle
Ze smutkiem piję herbatę bez cukru
Tak jak lubię, celebruję czas
Nie potrzebuję zegarów istnienia
Aby widzieć deszcz ludzkich smutków
Potrzebuję ciepła drugiej dłoni
Ciepłego słowa, drugiego człowieka 
 Znowu próbuję posklejać kawałki czasu
Namalowane na porcelanowej filiżance
Znowu próbuję zaufac komuś z pełnym bagażem
Znowu próbuję i ciągle nie potrafię.
Za dużo ciąży na moch plecach
Ludzkie tragedie zaklęte w czterech murach
Smutne historie połamanych ludzi
Którzy czekają na cud.
Nie potrafię po prostu mówić że jest dobrze
Patrzeć w oczy ze ślepą nadzieją bez obłudy
Dawać kawałek nadziei w codziennym chlebie
Karmić prostym słowem bez uleczenia